Krav Maga Poznań
MMA
Submission Kids Poznań
Sekcja boksu dla kobiet
Aeroboxing
Aktualności
Konkurs
Boks Poznań WEAR
Legendy
Zawodnicy
Sala
Sponsorzy
Współpraca
Forum
Linki

Pozycjonowanie stron


Imię i nazwisko: James „Gene” Tunney „The Fighting Marine”
Data urodzenia: 25.05.1897
Kategoria wagowa: ciężka
Sukcesy:
Mistrz świata kategorii ciężkiej 1926-28
Bilans walk:
80 zwycięstw (48 nokautów)
3 remisy
1 porażka
Jeden z najwspanialszych bokserów okresu przedwojennego. Brylantowy technik, walczący z defensywy, co było mało popularne w dobie początków profesjonalnego boksu. Jego styl walki uznawany był za nudny i porównywany do gry w szachy. Jego wyniki pokazały jednak, że „szachistą” był wybitnym. Umijętnościami technicznymi wyprzedził swoją epokę. Wyróżniała go zwłaszcza wspaniała praca nóg, co pokazał w dwóch pojedynkach z najpopularniejszym bokserem lat 20. – Jackeim Dempseyem. Posiadał również kilka innych atutów, jak chociażby wspaniały lewy prosty, balans ciała oraz umiejętność analizowania stylu walki przeciwników i dostosowywania taktyki pod konkretnego rywala, co w latach 20. było wręcz niespotykane.
Poza wspaniałymi umiejętnościami bokserskimi wyróżniała go jeszcze jedna cecha – wyjątkowa odporność na ciosy. Przez całą karierę nigdy nie został znokautowany, a z deskami zapoznał się tylko raz – podczas rewanżowego pojedynku z Jackiem Dempseyem w 1927 roku. Karierę zakończył w 1928 roku, na prośbę żony, odchodząc jako niepokonany mistrz świata wagi ciężkiej.
Jedyną porażkę poniósł walcząc jeszcze w wadze półciężkiej, przeciwko Harry’emu Grebowi.
Chociaż jak sam wspominał, jeszcze przed rozpoczęciem profesjonalnej kariery, w czasie I wojny światowej, służąc w piechocie morskiej, przegrał walkę z Tommym Loughranem - po dziesięciu rundach, decyzją sędziego.
Zmarł 7 listopada 1978 roku, w wieku 81 lat. W 1928 roku został wybrany pięściarzem roku przez nowoutworzony, a legendarny dziś magazyn The Ring. W 1990 roku został dołączony do Międzynarodowej Galerii Sław Boksu.
Imię i nazwisko: Henry Armstrong "Homicide Hank"
Data urodzenia: 12.12.1912
Kategoria wagowa: piórkowa, lekka, półśrednia
Bilans walk:
149 zwycięstw (101 nokautów)
10 remisów
21 porażek
Trener:
Al Silvani
Sukcesy:
Mistrz świata w trzech kategoriach wagowych
- waga piórkowa
- waga lekka
- waga półśrednia
Podobnie, jak trzy inne legendy boksu (Bernard Hopkins, Alexis Arguello, Wilfredo Vazquez), karierę rozpoczął od porażki. Miała ona miejsce 28 lipca 1931 roku, a przeciwnikiem Henry’ego był Al Sorvino. Kolejne lata, to okres dominacji Armstronga na światowych ringach. Do 1937 roku wygrał kolejno 27 walk, w tym 26 przez nokaut. W 1938 roku wygrał 14 walk, w tym 10 przez nokaut. Rezultat ten budzi respekt i szacunek po dziś dzień i najlepiej odzwierciedla realia boksu przedwojennego, kiedy to nie było miejsca na kunktatorstwo i mistrzowie świata bronili swoich tytułów często 5-6 razy w roku, tym bardziej nie dziwi 14 walk, które stoczył Henry Armstrong w drodze na sam szczyt.
W drugiej połowie 1938 roku Henry rozpoczął jedną z najdłuższych w historii serii zwycięstw przez nokaut. Do września 1940 roku znokautował kolejno 27 pięściarzy. Warto podkreślić dwie rzeczy – Armstrong ważył wtedy 57 kilogramów i każda kolejna walka, to pojedynek z coraz lepszymi pięściarzami, w tym z przyszłym mistrzem świata kategorii piórkowej – Halky Wrightem. Kolejne lata przyniosły Armstrongowi mistrzostwa świata w dwóch kolejnych kategoriach wagowych – lekkiej i piórkowej. Do historii przeszły jego walki z braćmi Zivic, walki będące jednymi z najważniejszych wydarzeń w świecie boksu lat 40. Tłem tych walk była oczywiście II Wojna Światowa, co w pewnym sensie wpłynęło na rozpoznawalność Armstronga i uczyniła go nieco anonimowym pośród legend boksu przedwojennego.
Armstronga można określić, jako „dynamit w małym opakowaniu”. Jego znakiem rozpoznawczym była nieustanna presja wywierana na przeciwnika i agresywny styl walki. Do ringu wychodził zawsze, aby znokautować rywala, stąd też, jeżeli przegrywał, to najczęściej również przez nokaut.
Karierę bokserską zakończył w 1945 roku, rozpoczynając niejako nowy rozdział w swoim życiu. Został pastorem i wiódł spokojne życie. Całkowicie kontaktu z boksem jednak nie zerwał. Zawsze służył radą i pomocą dla młodych adeptów boksu, pomagając trenerom w okolicznych salach treningowych. Zmarł 22 paźdiernika 1988 roku w wieku 75 lat. W 1990 roku został włączony do Światowej Galerii Sław Boksu.
Imię i nazwisko: Sam Langford („Boston Tar Baby”, „Boston Bonecrusher”)
Data urodzenia: 04.03.1883
Kategoria wagowa: lekka, średnia, półciężka, ciężka
Bilans walk:
200 zwycięstw (130 nokautów)
46 remisów
47 porażek
Jest uważany za najwspanialszego boksera spośród tych, którzy nigdy nie zdobyli tytułu mistrza świata. Mimo zaledwie 171 cm wzrostu, znaczną część kariery spędził w wadze ciężkiej. Słynął z atomowej lewej ręki. Często walczył ze znacznie wyższymi i cięższymi rywalami.
Karierę zawodową rozpoczął w 1902 roku od wycięstwa w pokazowej walce nad ówczesnym mistrzem świata wagi lekkiej – Joe Gansem. W 1904 roku zaliczył epizod w wadze półśredniej, remisując w walce o mistrzostwo świata. W 1905 roku ustabilizował wagę i tak naprawdę rozpoczął swoją wielką karierę w naturalnej dla siebie wadze półciężkiej. Ze względu na niebywałą siłę fizyczną, pozostając jednak formalnie w wadze półciężkiej, rozpoczął szereg pojedynków z rywalami z wagi ciężkiej. Pierwsze doświadczenie nie były jednak dla Langforda zbyt przyjemne. Po walce, w której jego przeciwnikiem był król wagi ciężkiej początku XX wieku - Jackie Johnson, Langfordowi przyszło spędzić kilka dni w szpitalu. Wraz z kolejnymi walkami i zwycięstwami Langford nabierał coraz większej rutyny i pewności siebie. Pokonał niemal całą ówczesną czołówkę wagi ciężkiej i półciężkiej. Nigdy jednak nie udało mu się zrewanżować Johnsonowi, który unikał walki z małym zabijaką z Bostonu.
W 1910 roku stoczył pokazowy pojedynek ze Stanleyem Ketchelem – najlepszym w historii bokserem wagi średniej. Było to wspaniałe widowisko i walka dwóch największych puncherów początku XX wieku. Widząc zainteresowanie opinii publicznej, planowano zorganizować ich powtórny pojedynek na dystansie 45 rund, lecz plany te pokrzyżowała tragiczna śmierć Ketchela.
Do historii przeszły jego walki o tak zwany „czarnoskóry czempionat” wagi ciężkiej, kiedy to odbywał regularne pojedynki z najlepszymi czarnoskórymi pięściarzami wagi ciężkiej. W latach 1914-1920 walczył aż 17 razy z Harrym Willisem.
W okolicach 1917 roku rozpoczęło się pasmo porażek wielkiego wojownika z Bostonu. Nie było ono spowodowane spadkiem formy, lecz postępującą ślepotą. Mimo tego Langford wciąż walczył, co najlepiej pokazuje jego charakter. Karierę ostatecznie zakończył w 1926 roku, będąc już niemal całkowicie ocimniałym. Zmarł w 1956 roku w wielku 73 lat.
W 1990 roku został dołączony do Międzynarodowej Galerii Sław Boksu.
Imię i nazwisko: Bob Fitzsimmons („Ruby”)
Bilans walk:
51 wycięstw (44 nokauty)
8 porażek
5 remisów
Zawodnik zawsze imponuje, gdy zdobywa tytuły mistrza świata w różnych kategoriach wagowych. Praktyka ta stała się szczególnie popularna w ostatnich dekadach, jednak już ponad 100 lat temu równie, jeżeli nawet nie bardziej niesamowitych rzeczy dokonywał Brytyjczyk o imieniu Bob Fitzsimmons. Mimo że jego naturalną kategorią była waga średnia, z powodzeniem rywalizował on w starciach z bokserami znacznie cięższymi, czego efektem było zdobycie tytułu czempiona wszechwag.
Zanim jednak zajmiemy się sportowymi osiągnięciami Fitza, przyjrzyjmy się temu jak to wszystko się zaczęło. Urodzony 26 maja 1863 roku w małym angielskim miasteczku Helston, Robert James Fitzsimmons w dzieciństwie przeprowadził się z najbliższą rodziną do Nowej Zelandii, a konkretnie do portowego miasta Timaru. Tam pracował jako kowal, dzięki czemu wyrobił sobie imponującą muskulaturę górnych partii ciała i zapracował na niezwykle silne uderzenie, które stało się jego wizytówką podczas bokserskiej kariery.
Początkowo Brytyjczyk występował wyłącznie w Australii, gdzie po kilku zwycięstwach przed czasem, sam zszedł z ringu w roli pokonanego, kiedy został znokautowany przez obiecującego boksera Micka Dooley, w późniejszym czasie mistrza Australii w wadze ciężkiej. Naturalnie porażka nie zniechęciła Boba do uprawiania szlachetnej szermierki na pięści i coraz częściej pojawiał się on między linami ringu, zdobywając tym samym niezbędne doświadczenie. Występował w wielu 4-rundowych pojedynkach, które często kończyły się wynikiem 'No decision', aż w końcu w 1890 roku przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych z nadzieją na wywalczenie tytułu mistrza świata. Zanim takową szansę otrzymał, stoczył w USA trzy mecze – wszystkie wygrał przed czasem.
Upragniony tytuł w kategorii średniej zdobył 14 stycznia 1891 roku, pokonując Jacka Dempseya I.
Przez kolejne dwa lata Fitzsimmons nie bronił czempionatu, pozostawał jednak bardzo aktywnym zawodnikiem biorąc udział w walkach pokazowych oraz non-title. Na pierwszą obronę przyszedł czas 8 marca 1893 roku (niektóre źródła mówią o 4 marca). W roli pretendenta wystąpił świetnie znany Bobowi Jim Hall, z którym wcześniej walczył pięciokrotnie (szósty mecz pomiędzy nimi miał się odbyć w roku 1891, lecz zapobiegły mu władze; trzy z pięciu wspomnianych pojedynków kończyły się wynikiem 'No decision', obaj pięściarze mieli też na swoich kontach po jednej wygranej) i z którym miał zatargi na polu prywatnym. Po wyrównanych pierwszych trzech starciach, w rundzie czwartej Fitz wykorzystał błąd rywala i ulokował potężny prawy sierpowy na szczęce Australijczyka. Hall padł na matę ringu i nie zdołał się z niej podnieść przez kolejne dziesięć sekund.
Młody Brytyjczyk stawiał przed sobą kolejne wyzwania. Chciał zdobyć tytuł mistrzowski w wadze ciężkiej, dlatego też coraz częściej krzyżował w ringu rękawice z przedstawicielami tej kategorii. Kilka miesięcy po zwycięstwie nad Hallem zmierzył się jednego wieczoru w Chicago z aż siedmioma rywalami. Każdy z nich ważył ponad 200 funtów, a największy 240 i mierzył około 201 centymetrów. Wszyscy ci zawodnicy zostali znokautowani przez znacznie mniejszego Roberta, co było najlepszym zaświadczeniem jego ogromnej siły, która mogła stanowić zagrożenie dla każdego boksera, bez względu na to w jakiej kategorii wagowej występował.
We wrześniu 1894 roku Fitzsimmons po raz drugi, i jak się później okazało ostatni, bronił tytułu mistrza świata w wadze średniej. Bez problemów pokonał przed czasem (druga runda) Dana Creedona i niedługo po tym sukcesie zrzekł się pasa, aby móc rywalizować o najwyższe laury w ciężkiej dywizji, w której brylował wtedy znakomity Jim Corbett, pogromca słynnego Johna L. Sullivana. Walka z „Gentlemanem” miała się odbyć pod koniec 1895 roku, lecz prawdopodobnie interwencja władz sprawiła, że do niej nie doszło. Wkrótce Jim ogłosił, że przechodzi na sportową emeryturę i obiecał przekazać tytuł mistrzowski zwycięzcy meczu pomiędzy Peterem Maher’em a Steve'em O'Donnell’em, który 11 listopada odbył się w miejscowości Maspeth.
Maher wygrał przez nokaut już w pierwszej rundzie i na 21 lutego 1896 roku zaplanowano jego pojedynek z Fitzsimmonsem. "Ruby" łatwo uporał się z urodzonym w Irlandii oponentem i zakończył walkę w otwierającym ją starciu. W rzeczywistości jednak czempionem nadal pozostawał Corbett, który powrócił do boksowania już w kwietniu tego samego roku.
Bob tymczasem zmierzył się 2 grudnia z kolejnym reprezentantem najcięższej z wag, obdarzonym potężnym ciosem Tomem Sharkey’em. Faworytem publiczności był nieoficjalny mistrz świata i to on przeważał w ringu, biorąc się do roboty od samego początku walki i już w pierwszej rundzie posyłając rywala na deski. W piątej wprawdzie sam miał bliższy kontakt z matą, lecz kolejne minuty ponownie należały do niego i w końcu w starciu numer osiem kombinacją lewy na tułów – prawy na głowę znokautował „Marynarza”. Tak się przynajmniej wydawało kibicom i samemu zainteresowanemu, jednak inaczej całą sytuację widział sędzia Wyatt Earp, znany rewolwerowiec i szeryf, uczestnik słynnej strzelaniny w O.K. Corral, o którego odwadze krążyło w tamtych czasach sporo legend. Earp uznał bowiem, że uderzenie „Piegowatego Boba” zostało zadane zbyt nisko i w związku z tym postanowił go zdyskwalifikować, co spotkało się z wielką dezaprobatą publiczności i przez długi czas było tematem dyskusji w pięściarskich kręgach. Plotkowano nawet, że sławny arbiter postawił przed meczem niemałą ilość pieniędzy na Sharkeya, stąd też jego decyzja. Jak jednak było w rzeczywistości, można jedynie przypuszczać. Sam Fitzsimmons utrzymywał, że cios był prawidłowy.
Po tej kontrowersyjnej porażce Robert stoczył kilka pokazowych pojedynków i w końcu 17 marca doszło do długo oczekiwanej batalii z Corbettem, której stawką był już właściwy pas mistrza świata wagi ciężkiej. "Gentleman" od początku wyraźnie dominował w ringu, solidnie obijając o 3 lata starszego pretendenta. W szóstym starciu lewy sierpowy posłał Boba na deski i wydawało się, że koniec jest już naprawdę bliski. Fitz jednak w swoim stylu nie rezygnował, licząc na odmienienie losu pojedynku. Sztuka ta udała mu się rundzie czternastej. W tym właśnie starciu ulokował on kapitalny lewy w splot słoneczny zmęczonego już czempiona, po którym ten sparaliżowany przyklęknął na jednym kolanie i mimo szczerych chęci nie był w stanie podnieść się z maty. W ten sposób naturalny reprezentant wagi średniej dokonał niesamowitego wyczynu, zdobywając tytuł mistrzowski w kategorii ciężkiej. Przy okazji uświadomił ludziom moc drzemiącą w ciosie w dołek podpiersiowy, który za oceanem zaczęto nazywać 'Solax Plexus punch'.
Kolejną zawodową walkę mistrz wszechwag stoczył dopiero dziewiątego czerwca 1899 roku. Jego przeciwnikiem był młody, utalentowany Jim Jeffries, mający za sobą wiele sparingów z Corbettem, który zapewne służył koledze radą na temat sposobu boksowania swego pogromcy. "Boilermaker" był pięściarzem wyższym i zdecydowanie cięższym od Brytyjczyka. Ten nieźle zaczął mistrzowską batalię, lecz im dłużej trwał pojedynek, tym większą inicjatywę miał Amerykanin. W jedenastej rundzie ulokował on na szczęce rywala potężny prawy i chwilę później Jim cieszył się już z tytułu mistrzowskiego.
"Ruby" pragnął odzyskać prym w najcięższej z wag. W tym celu w 1900 roku stoczył kilka walk z niezłymi bokserami, między innymi z Gusem Ruhlinem, Edem Dunkhorstem (cięższym od Roberta o ponad 60 kilogramów) i Tomem Sharkey’em, którego tym razem znokautował w drugiej rundzie. Te imponujące wygrane (wszystkie przez nokaut) zapewniły mu rewanżowy mecz z Jeffriesem, który odbył się 25 lipca 1902 roku w San Francisco. Bob sprawił rywalowi prawdziwe lanie, rozbijając mu nos, wargi i łamiąc kości policzkowe. Wydawało się, że kompletnie zakrwawiony Amerykanin nie przetrwa ataków pretendenta, jednak ponownie czas działał na niekorzyść lżejszego Boba, swoje zrobiły też ciosy na tułów w wykonaniu Jima. W ósmej rundzie czempion znokautował wyczerpanego rywala, pozbawiając go marzeń o odzyskaniu tytułu.
We wrześniu roku następnego Fitz przeżył tragedię związaną z jedną ze swoich potyczek. Jego rywal Con Coughlin zmarł dzień po tym jak w Filadelfii został znokautowany już w pierwszej rundzie przez byłego mistrza wag średniej oraz ciężkiej.
Niespełna dwa miesiące po tym nieszczęśliwym pojedynku "Ruby" ponownie stanął przed szansą zdobycia tytułu mistrzowskiego. Tym razem w nowopowstałej kategorii półciężkiej, której pierwszym championem był Jack Root. Długo się on jednak z sukcesu nie cieszył bowiem już w pierwszej obronie stracił tytuł na rzecz Georgea Gardnera. I to właśnie ten ostatni był kolejnym rywalem Fitzsimmonsa, który stanął przed historyczną szansą zostanie pierwszym pięściarzem w historii, który zdobył mistrzostwo świata w trzech kategoriach wagowych. Zadanie łatwe nie było, ponieważ Anglik miał już 40 lat i był o blisko 14 starszy od przeciwnika. Miał za to nad Gardnerem ogromną przewagę w ringowym doświadczeniu, co zaprocentowało czterema nokdaunami (niektóre źródła mówią o pięciu) i mądrą walką od początku do końca. Po dwudziestu starciach zwycięzcą ogłoszono "Rubyego", który napisał w ten sposób kolejny niezwykły rozdział w księdze zatytułowanej Historia Boksu.
Świeżo upieczony czempion coraz rzadziej pojawiał się w ringu. W lipcu 1904 roku zmierzył się z "Phileadelphia" Jack O'Brienem. Mecz zakończył się wynikiem 'No decision', ale Fitz lepiej sobie radził i widząc przewagę, jaką miał nad przeciwnikiem, zdecydował, że to właśnie urodzony w Filadelfii pięściarz będzie jego rywalem w pierwszej obronie tytułu. Pojedynek odbył się 20 grudnia następnego roku w San Francisco i szybko okazało się, że dominacja obrońcy pasa w poprzedniej walce była wynikiem tego, że O'Brien dał się obijać przez sześć starć Brytyjczykowi, aby ten dał mu szansę pojedynku o tytuł, w którym Jack miał zamiar pokazać swe prawdziwe oblicze. Amerykanin bez większych problemów uporał się z mistrzem, posyłając go trzykrotnie na deski i ostatecznie wygrywając przez techniczny nokaut w trzynastej rundzie.
W 1907 roku wiekowy Brytyjczyk zdecydował się zmierzyć z czołowym zawodnikiem kategorii ciężkiej, jej przyszłym mistrzem, rewelacyjnym Jackiem Johnsonem. "Galveston Giant" nie dał przeciwnikowi najmniejszych szans, nokautując go już w drugim starciu. Kilkanaście miesięcy po tym pojedynku Fitz powrócił do Australii, gdzie toczył mecze pokazowe, a także pod koniec 1909 roku powalczył z Billem Langiem o mistrzostwo kraju w kategorii ciężkiej. Mimo że Bob nieźle sobie radził, nie wytrzymał trudów batalii i poległ w dwunastym starciu. Dwie ostatnie zawodowe walki Anglik stoczył w pierwszej połowie 1914 roku. Obie zakończyły się wynikiem 'No decision'.
Bob Fitzsimmons zmarł 22 października 1917 roku w Chicago. Przyczyną śmierci 54-letniego pięściarza było zapalenie płuc. Pochowano go na chicagowskim Graceland Cemetery. "Ruby" uznawany jest nie tylko za jednego z najlepszych zawodników w historii, ale i za jednego z najsilniej bijących, o czym przekonała się większość z jego profesjonalnych rywali. Był pierwszym mistrzem kategorii średniej, który następnie zdobył najcenniejszy tytuł w ciężkiej, a także pierwszym zawodnikiem, który wywalczył mistrzostwo świata w aż trzech kategoriach wagowych (warto pamiętać, że nie istniały w tamtych czasach kategorie pośrednie). Przetarł tym samym szlaki innym wybitnie uzdolnionym pięściarzom, pokazując, że jeżeli posiada się naprawdę duże umiejętności, nic nie stoi na przeszkodzie, aby wygrywać z bokserami wyższymi i znacznie cięższymi.
Imię i nazwisko: Jack Dempsey („Manassa Boy”)
Bilans walk:
66 zwycięstw (51 nokautów)
11 remisów
6 porażek
Pojawienie się na najważniejszych amerykańskich ringach Jacka Dempseya wywołało prawdziwą sensację nie tylko wśród ekspertów i sympatyków pięściarstwa, ale i w całych Stanach Zjednoczonych, ogarniętych w latach 20tych ubiegłego stulecia dynamicznym rozwojem sztuki, kultury i sportu. Przesiadujący na tronie wagi ciężkiej w latach 1919 – 1926 „Tygrys” dzięki swemu niezwykłemu, bardzo nowoczesnemu stylowi walki, którego podstawą był ciągły, morderczy atak oraz stałe przebywanie w ruchu, a także dzięki poza ringowej ogładzie, tak różniącej się od zachowań znienawidzonego Jacka Johnsona, stał się jednym z najpopularniejszych sportowców Ameryki tamtego okresu.
William Harrison Dempsey urodził się 25 czerwca 1895 roku w miasteczku Manassa, w stanie Colorado. Jego rodzice nie byli zamożni więc William dosyć szybko porzucił szkołę na rzecz pracy fizycznej, a w wieku 16 lat opuścił również dom. W tym czasie, podobnie jak wielu innych młodych Amerykanów, często podróżował pociągami towarowymi mając nadzieję na znalezienie dobrze płatnego zajęcia, które odwróciłoby jego los. Niedługo okazało się, że młody Dempsey ma spory talent do walki, co postanowił wykorzystać rzucając publiczne wyzwania mężczyznom przesiadującym w saloonach. Zwykle takie pojedynki kończyły się zwycięstwami ich inicjatora, a pieniądze otrzymywał z zawieranych przez gości zakładów.
Walki te utwierdziły Dempseya w wielkich możliwościach, jakie drzemią w jego pięściach. Wkrótce postanowił więc zaprzestać saloonowych bijatyk i zdecydował, że zostanie zawodowym bokserem.
W lutym 1917 roku, po kilku pierwszych zwycięstwach Jack doznał pierwszej i, jak się później okazało, jedynej w karierze porażki przed czasem. Tym, który pogrążył młodzieńca już w pierwszej rundzie był 37-letni wówczas weteran „Fireman” Jim Flynn, lecz w środowisku bokserskim pojawiło się sporo wątpliwości związanych z rozstrzygnięciem tej potyczki. Mówiono, że była ona ustawiona i Dempsey się podłożył, ponieważ w ten sposób mógł zarobić znacznie więcej tak potrzebnych mu wtedy pieniędzy. Ludzie będący blisko pięściarza również przez długi czas utrzymywali taką wersję wydarzeń i choć sam zainteresowany nigdy się nie przyznał do oddania meczu (wszak żaden to powód do dumy), wielu historyków uważa, że tak właśnie uczynił.
Do rewanżu z Flynnem doszło rok później i tym razem to „Manassa Mauler” znokautował przeciwnika w otwierającym walkę starciu. W tym czasie jego menadżerem był już błyskotliwy Jack Kearns, z którym przyszły champion zapoznał się w San Francisco (w tym mieście w końcowej fazie 1917 roku Dempsey odniósł cenne zwycięstwa nad „Gunboat” Smithem i Carlem Morrisem). Znajomość ta okazała się być dla niego bardzo cenną, gdyż to właśnie „Doc” skierował karierę Jacka ku walce mistrzowskiej. Jednak zanim do niej doszło, w 1918 roku Dempsey musiał zwyciężyć kilku dobrych rywali.
Tytuł mistrzowski zdobył po pokonaniu Willarda. Po tej wygranej Jack nie pojawiał się pomiędzy linami ringu z taką regularnością jak przed kilkoma miesiącami, a coraz większe zainteresowanie wzbudzał w nim świat show-biznesu i związane z tym bogate życie towarzyskie. Zagrał nawet w filmie, jednak na krytykach nie wywarł pozytywnego wrażenia. Zdecydowanie lepszym był bokserem, ale jego kariera w tym okresie nieco podupadła i pierwszą walkę w obronie mistrzowskiego pasa stoczył dopiero we wrześniu 1920 roku. Znokautował wówczas swego dawnego rywala Billyego Miske, który najlepsze lata miał już wówczas za sobą i nie stanowił dla championa większego zagrożenia. Więcej kłopotów sprawił mu natomiast trzy miesiące później wspomniany już wcześniej Bill Brennan, ale i on ostatecznie musiał uznać wyższość mistrza.
Kolejna walka Dempseya przeszła do historii jako jedno z największych sportowych wydarzeń tamtego okresu. Doszło do niej 2 lipca 1921 roku w Jersey City, a tym, który miał postarać się zdetronizować Jacka był świetny Francuz Georges Carpentier, ówczesny champion wagi półciężkiej, zawodnik posiadający wielki naturalny talent do boksu, który wraz z dobrymi manierami, pięknym uśmiechem i niezwykłą odwagą cywilną wykazaną w trakcie pierwszej wojny światowej, przysporzył Carpentierowi ogromnej popularności we Francji. Walka z Dempseyem przyciągnęła na specjalnie wybudowany na tę okazję stadion ponad 80,000 sympatyków pięściarstwa, a rekordowy dochód wyniósł blisko 1,800,000 dolarów.
Po pierwszych paru minutach mistrzowskiej batalii sympatycy Georgesa mieli powody do zadowolenia. Francuz dzielnie stawiał czoła obdarzonemu potwornym uderzeniem rywalowi, a w drugim starciu kilka jego ciosów ku uciesze zrywających się ze swoich miejsc kibiców zdołało nawet zachwiać obrońcą tytułu. W tej samej rundzie pretendent doznał jednak złamania kciuka prawej dłoni i od starcia trzeciego „Manassa Mauler” zaczął osiągać coraz większą przewagę. W czwartym mocny prawy posłał Francuza na deski i wydawało się, że pojedynek jest już zakończony, jednak Carpentier niespodziewanie poderwał się na nogi na sekundę przed tym jak arbiter miał krzyknął „dziesięć”. Jack natychmiast podbiegł do rywala i po chwili zadał silny prawy na tułów, po którym challenger po raz drugi wylądował na macie i pomimo prób nie zdołał się z niej podnieść. Już po meczu pomógł mu w tym jak zawsze dżentelmeński Dempsey, który w asyście sędziego oraz dwóch sekundantów odtransportował dzielnego Francuza do narożnika.
Na kolejną obronę tytułu w wykonaniu korzystającego z uroków życia Jacka pięściarski świat musiał czekać dwa lata. 4 lipca 1923 roku w Shelby (stan Montana) w roli pretendenta wystąpił świetny Tommy Gibbons, którego znakomita defensywa przysporzyła mnóstwo problemów mistrzowi i w efekcie zwyciężył on dopiero po piętnastu rundach na punkty. Nigdy wcześniej ani później Dempsey nie stoczył tak długiej walki.
Trudną przeprawę miał „Tygrys” również kilkadziesiąt dni później w Nowym Jorku, kiedy w ringu naprzeciw niego stanął twardy Argentyńczyk Luis Angel Firpo. Był to pięściarz dosyć surowy, jeżeli chodzi o umiejętności, jednak posiadał bardzo dobre warunki fizyczne i obdarzony był potężnym uderzeniem, które na własnej skórze odczuli między innymi Bill Brennan i Jess Willard. Wkrótce o jego sile przekonał się również mistrz świata.
. Jack rozpoczął mecz na Polo Grounds od agresywnych ataków, lecz po chwili został skontrowany i osunął się na kolana. Po błyskawicznym powstaniu kontynuował natarcie i zaraz sam ulokował mocny cios na głowie rywala, który po raz pierwszy wylądował na macie. Jeszcze w tym starciu przybysz z Ameryki Południowej był liczony sześciokrotnie, ale za każdym razem dzielnie wstawał zgłaszając gotowość do walki, zaś między kolejnymi nokdaunami starał się odpowiadać na grzmoty rywala. Wreszcie pod koniec rundy kilka jego uderzeń wstrząsnęło championem i po potężnym prawym Dempsey wyleciał przez liny lądując na maszynach pisarskich przesiadujących tuż obok ringu dziennikarzy. Ci pomogli mistrzowi się pozbierać i gdy sędzia zdążył już odliczyć do „dziewięciu”, Jack wstał przygotowując się do obrony przed kolejnymi atakami Firpo. Argentyńczyk nie zdołał dokończyć roboty i po chwili rozbrzmiał gong kończący to niezwykle dramatyczne starcie. W drugim inicjatywa znowu należała do „Tygrysa”, który krótką, lecz niezwykle destrukcyjną kombinacją lewy-prawy zakończył pojedynek..
Potyczka z Firpo była ostatnią przed 3-letnią przerwą od zawodowych występów, którą postanowił sobie urządzić król kategorii ciężkiej. W jej trakcie można go było oglądać w licznych walkach pokazowych, nadal występował też w filmach, a w roku 1925 wziął ślub z dosyć znaną amerykańską aktorką Estelle Taylor (rozwiedli się kilka lat później). Dempsey cieszył się życiem, natomiast promotor „Tex” Rickard szukał dla niego godnego rywala. Znalazł takowego w osobie świetnego czarnoskórego zawodnika imieniem Harry Wills, z którym podpisano nawet kontrakt, jednak wciąż tkwiące w społeczeństwie amerykańskim uprzedzenia rasowe sprawiły, że do tego bardzo ciekawie zapowiadającego się pojedynku nigdy nie doszło (Willsa zresztą nigdy nie dopuszczono do walki o tytuł, na którą bez wątpienia zasługiwał).
W końcu, po długim okresie poszukiwań znaleziono pięściarza zasługującego na szansę potyczki z mistrzem świata. Był nim Gene Tunney, były champion Ameryki w kategorii półciężkiej, który wywalczył tytuł zwyciężając Battlinga Levyinskyego, a w późniejszym czasie zapisał się w pamięci sympatyków boksu pojedynkami ze wspaniałym Harry Grebem, Carpentierem czy Tommy Gibbonsem. Gene był typem bardzo inteligentnego zawodnika, przywiązującego ogromne znaczenie do ringowej taktyki. Był przy tym szybki, posiadał fenomenalną pracę nóg, dobrą defensywę i można było być pewnym, że ma mistrza świetnie rozpracowanego, doskonale zna jego mocne i słabe strony. Faworytem jednak, mimo 3-letniej absencji, był „Tygrys”.
Wzbudzająca ogromne zainteresowanie sportowego świata walka przyciągnęła 23 września 1926 roku na stadion w Filadelfii rekordową liczbę ponad 120,000 widzów (wynik ten został pobity dopiero w 1993 roku przy okazji walki Julio Cesara Chaveza z Gregiem Haugenem – ich starcie oglądało 136,274 kibiców). Dzień był deszczowy, a arena pozbawiona zadaszenia, zatem w trakcie meczu woda z nieba lała się wprost na zawodników. Pretendentowi to jednak w żaden sposób nie przeszkodziło w zaprezentowaniu wspaniałego popisu sztuki bokserskiej. Co prawda od początku do przodu parł Jack, ale rywal cofając się utrzymywał bezpieczny dystans, z którego kąsał lewymi prostymi, a co jakiś czas wyprowadzał kapitalne kombinacje zasypując bezradnego championa gradem ciosów. W ciągu dziesięciu rund nie będący już tak szybki i tak precyzyjny jak kiedyś Dempsey nie potrafił znaleźć skuteczniej odpowiedzi na akcje przeciwnika i zwycięzcą oraz nowym mistrzem świata ogłoszono Tunneya.
Aby otrzymać prawo do rewanżu były już champion musiał pokonać w lipcu roku następnego w meczu eliminacyjnym Jacka Sharkeya. Okazało się to być zadaniem wymagającym sporego wysiłku, bo przez pierwsze rundy przewaga należała do o 7 lat młodszego pięściarza z nowojorskiego Binghamton, który zdołał kilka razy solidnie wstrząsnąć przeciwnikiem. Od szóstego starcia Dempsey zaczął jednak powoli odrabiać starty, a w siódmym znokautował oponenta. I tym razem nie zabrakło jednak kontrowersji. Otóż po jednym z ciosów „Manassy Maulera” Sharkey zwrócił się do sędziego sugerując, że został uderzony poniżej pasa. Komenda stop jednak nie padła i zaraz Dempsey wystrzelił lewym sierpowym, który zwalił z nóg nie broniącego się już rywala, a po upływie dziesięciu sekund bardziej doświadczony z Jacków mógł już myśleć o walce ze swoim niedawnym pogromcą. Drugi domagał się z kolei dyskwalifikacji dawnego mistrza, na co ten odpowiedział, że uderzenie było prawidłowe i trafiło w splot słoneczny. Za zgodne z przepisami utrzymywał je również arbiter. Niestety, kamera filmująca to spotkanie była ustawiona w takim miejscu, że nie widać dokładnie miejsca, w którym wylądował przedostatni cios „Tygrysa” i nie możemy jednoznacznie określić, kto miał rację.
W każdym razie do meczu o tytuł przygotowywał się Dempsey. Datę wyznaczono na 22 września 1927 roku, a miejscem batalii było tym razem Chicago. Ponownie ponad 100,000 kibiców otoczyło ring, na którym mieli się spotkać dwaj wielcy zawodnicy, a dochód wyniósł tym razem aż 2,658,660 dolarów i przez wiele kolejnych lat stanowił niepobity rekord.
Rewanżowy pojedynek pomiędzy dwoma najlepszymi wówczas pięściarzami kategorii ciężkiej mógł od początku przypominać pierwszą walkę, która odbyła się rok wcześniej, z tą różnicą, że pretendent był nieco ostrożniejszy i nie atakował już tak zawzięcie. Wciąż jednak nie potrafił dobrać się Tunneyowi do skóry i wydawało się, że publiczność ponownie będzie obserwować trwający dziesięć rund pokaz boksu w wykonaniu mistrza. Nieoczekiwanie karta odwróciła się w siódmym starciu, kiedy Jack bitym z doskoku lewym sierpem dosięgnął głowy przeciwnika i błyskawicznie poprawił prawym odrzucając Genea w okolice lin. Tam cztery kolejne bomby odpalone przez Dempseya rzuciły championa na podłogę. „Manassa Mauler” zapomniał jednak o nowym przepisie w stanie Illinois, który mówił, że po nokdaunie zawodnik stojący na nogach musi udać się do neutralnego narożnika. Zamiast tego, Jack czyhał tuż nad rywalem i dopiero po kilku sekundach sędzia Dave Barry zdołał nakłonić go do udania się w wyznaczone miejsce. Gdy to zrobił, rozpoczął w końcu wyliczanie mistrza krzycząc „One!”. Sęk w tym, że timekeeper przy ringu zdążył już doliczyć do pięciu i pan Barry zgodnie z zasadami powinien kontynuować jego pracę. Nie uczynił tego i w efekcie Tunney miał łącznie aż 14 sekund na odpoczynek (wstał na „9” ringowego). W tym czasie zdołał się otrząsnąć i do końca rundy umiejętnie się cofał unikając uderzeń Dempseya. W kolejnym starciu sam natomiast krótką kombinacją lewy-prawy posłał przeciwnika na matę. „Tygrys” podniósł się błyskawicznie, ale uważni obserwatorzy zauważyli, iż arbiter rozpoczął liczenie nie odsyłając wcześniej Tunneya do neutralnego rogu. Z tych względów opisany fragment walki do dzisiaj budzi kontrowersje i jest przedmiotem wielu dyskusji wśród sympatyków boksu na całym świecie.
Ostatnie minuty pojedynku znowu należały do mistrza, którego po upływie pełnego dystansu dziesięciu rund ogłoszono jednogłośnym zwycięzcą.
Kilka miesięcy później Dempsey oznajmił, że przechodzi na pięściarską emeryturę. W trwającej 13 lat profesjonalnej karierze wygrał 66 walk (51 przed czasem), doznał 6 porażek oraz 11-krotnie zremisował (rekord uwzględnia decyzje gazet). W późniejszych latach często można go było obserwować w krótkich meczach pokazowych, które toczył podróżując po Stanach. Poza tym występował też w roli sędziego ringowego oraz służył radą młodym zawodnikom. Odniósł też sukces w biznesie, a jego otworzona w 1935 roku restauracja na Broadwayu cieszyła się dużą popularnością aż do zamknięcia w roku 1974. Po wybuchu drugiej wojny światowej zgłosił się na ochotnika do amerykańskiej armii, a następnie do marynarki wojennej, jednak w obu przypadkach zrezygnowano z usług byłego championa ze względu na stan jego zdrowia. Przyjęła go natomiast Amerykańska Obrona Wybrzeża, gdzie piastował funkcję komandora podporucznika. Była to dla Jacka szansa na odkupienie się w oczach społeczeństwa, które zarzucało mu brak udziału w pierwszej wojnie.
Dempsey zmarł 31 maja 1983 roku w Nowym Jorku, licząc niespełna 88 lat.
Imię i nazwisko: Jack Johnson („Galveston Giant”)
Bilans walk:
78 zwycięstw
7 porażek
14 remisów
Na początku XX wieku dla białej części Ameryki nie do pomyślenia było, aby tytuł mistrza świata w wadze ciężkiej - jeden z najbardziej prestiżowych tytułów sportowych tamtych czasów - należał do czarnoskórego pięściarza. Dlatego też walki o ów championat były rozgrywane między zawodnikami białymi, którzy na przestrzeni lat wymieniali się pasem mistrzowskim. Aż w końcu pojawił się Jack Johnson, człowiek, który z wielkim impetem wtargnął do królewskiej kategorii i zmienił bieg historii, która nie przewidywała żadnego Afroamerykanina na tronie wagi ciężkiej.
Johnson urodził się 31 marca 1878 roku w teksańskim miasteczku Galveston. Był to zapomniany zakątek Ameryki, położony na południu kraju, gdzie dopiero na niedługo przed narodzinami Jacka zniesiono niewolnictwo. Rodzice młodego chłopca ciężko pracowali, aby utrzymać szóstkę swoich dzieci, nauczyć ich czytać oraz pisać. W szkole Johnson spędził zaledwie 5 lat. Dość szybko zaczął go interesować boks. Często brał udział w walkach, nie były to jednak takie mecze, jakie znamy dzisiaj. Były to batalie mające na celu zapewnić rozrywkę białym mężczyznom. Promotor zbierał 4-8 czarnych chłopców, zawiązywał im oczy opaską i kazał walczyć w otoczonym przez białych ringu. W trakcie walk publiczność rzucała na ring monety, co uznawano za przednią zabawę, ponieważ chłopcy mieli ogromne problemy przy podnoszeniu pieniędzy dłońmi ubranymi w rękawice. Zwycięzcą był ogłaszany ten, który jako ostatni stał na nogach. Taki rodzaj walk określano mianem "Battle Royal".
Młody Jack miał ogromną motywację do pracy, gdyż wiedział, że taka "rozrywka" może się kiedyś dla niego zakończyć tragicznie, nawet śmiercią. Trenował więc godzinami doprowadzając swoją defensywę do bardzo wysokiego poziomu.
W wieku 18 lat Johnson zarabiał więcej pieniędzy jednej nocy aniżeli jego ojciec w ciągu całego tygodnia. Ale nie mógł czuć się do końca szczęśliwy z tego powodu. Afroamerykanie na przełomie wieku XIX i XX wciąż byli uznawani za gorszą rasę i na każdym kroku spotykali się z pogardą i wyższością białych. Nie mogli przebywać w wielu miejscach publicznych, byli bici i opluwani. Jack nie godził się na takie życie i uważał siebie za równego białym. Musiał się jednak podporządkować ówczesnym władzom, dlatego też brał udział w półlegalnych meczach bokserskich, gdyż była to jedyna możliwość stoczenia pojedynku z przedstawicielem białej rasy. W ówczesnych czasach to oni byli bowiem najlepszymi pięściarzami, dzierżyli mistrzowskie tytuły i, jak już wspomniałem we wstępie, najważniejsze walki rozgrywali między sobą.
Przez pierwsze 8 lat zawodowej kariery Jack Johnson walczył z każdym, kto rzucił mu wyzwanie. I mimo że bardzo często spotykał się z faworyzowaniem białych bokserów, zdecydowaną większość walk rozstrzygał na swoją korzyść. Jednym z tych, którzy postawili mu największy opór był doświadczony Joe Choynski, z którym Johnson zmierzył się w 1901 roku w swoim rodzinnym Galveston. W 3. rundzie gospodarz został znokautowany, a chwilę później na ring wkroczył tutejszy strażnik wraz z towarzyszami i aresztował obu pięściarzy. Powodem tego był oficjalny zakaz organizowania walk bokserskich w stanie Teksas. Paradoksalnie, boks zawodowy był w tamtych czasach, obok baseballu i wyścigów konnych, najpopularniejszym sportem w Stanach Zjednoczonych, a mimo to w większości stanów nie można go było uprawiać. Po 23 dniach bokserzy opuścili więzienie. Jednak Jack tego okresu nie zmarnował. Trenował wspólnie z posiadającym duże umiejętności i zapewne wiele cennych rad Choynskim.
Największym marzeniem Johnsona był oczywiście tytuł mistrza świata wagi ciężkiej. Niestety, z przyczyn rasowych w USA trudno było doprowadzić do takiej walki. Swoją wielką szansę Jack upatrzył w 1908 roku, kiedy to do Australii wyruszył ówczesny champion Tommy Burns. Johnson nie czekał zbyt długo i wkrótce podążył jego tropem chcąc wreszcie zdobyć upragnione mistrzostwo. Tommy z kolei nie chciał go oddawać i początkowo trudno było promotorom przekonać go do wyjścia do ringu. W końcu się zgodził, gdy zaproponowano mu ogromną, jak na tamte czasy, sumę 30 tysięcy dolarów. Miał to być pierwszy mistrzowski mecz w historii pomiędzy czarnym a białym.
Gdy mecz się rozpoczął, wszyscy zaczęli się obawiać o Burnsa. Przy Johnsonie, potężnym, ważącym 95 kg mężczyźnie, wyglądał on jak mały chłopiec. Jack dobrze się bawił w czasie walki. W częstych klinczach uśmiechał się do widowni, cały czas mówił mistrzowi, aby ten bił mocniej. Gołym okiem było widać jego dominację. Ten pojedynek przypominał raczej zabawę, aniżeli walkę o mistrzostwo świata. W 14. rundzie mecz został przerwany przez policję, a sędzia ogłosił zwycięzcą przez techniczny nokaut Jacka Johnsona. Niestety, służby porządkowe zadbały o wszystko, nawet o kamery, dlatego też zachowane materiały filmowe urywają się w momencie ostatniego ciosu Jacka i nie możemy zobaczyć scen, w których Johnson zostaje oficjalnie championem. Możemy natomiast z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że tamten dzień, tj. 26 grudzień 1908 roku, zakończył pewną epokę w historii szlachetnej szermierki na pięści.
Po tym jak Johnson zdobył mistrzostwo, zaczął być coraz bardziej rozpoznawalny w Ameryce. Dał się poznać jako dusza towarzystwa, brał udział w wyścigach samochodowych, spędzał czas w kasynach, zachowywał przy tym elegancki wygląd. Ożenił się też z białą kobietą, co został odebrane przez ludzi, jako cios wymierzony w policzki białych obywateli USA.
Johnson bardzo nie pasował białym Amerykanom. Był arogancki, lekceważył mnóstwo zasad panujących w kraju, a do tego był mistrzem świata w boksie, jednym z najpopularniejszych sportów w Stanach Zjednoczonych. Pokonanie go stało się więc priorytetem narodowym. Zaczęto gorączkowe poszukiwania kogoś, kto mógłby wygrać z nim w ringu. Prasa zaczęła nawet używać tytułu "Wielka nadzieja białych". Mianem tym określano każdego dużego, białego boksera z odrobiną talentu. I w końcu się udało. Jeden z dziennikarzy prasowych, Jack London, w 1910 roku wezwał Jima Jeffriesa, byłego mistrza świata, który zakończył karierę w 1905 roku, aby zająć się farmerstwem.
Miała to być najatrakcyjniejsza walka w dziejach boksu. "Święta wojna". "Wybawca Czarnych kontra Wielka Nadzieja Białych". Promotorzy stawali na głowach, aby rozreklamować pojedynek. A miał on się odbyć w miasteczku Reno, w stanie Nevada. Na tydzień przed meczem do Reno zaczęły zjeżdżać tłumy. Przyjeżdżali wszyscy - od pijaków, po drobnych kieszonkowców, a na hazardzistach, gwiazdach show-biznesu i politykach kończąc. Do 15-tysięcznego miasteczka przyjechało ok. 30 tysięcy ludzi. W specjalnie wybudowanym na czas walki amfiteatrze zasiadło ponad 15 tysięcy widzów. Przed wejściem wszyscy byli dokładnie przeszukiwani, gdyż jeszcze na długo przed pojedynkiem Johnsonowi grożono śmiercią.
Mecz zakontraktowano na 45 rund. Jednak już pod koniec 6. starcia wiek Jeffriesa zaczął dawać mu się we znaki. W 14. ledwo stał na nogach i utrzymywała go tylko jego niebywała odporność. Jednak w kolejnej, 15. rundzie w końcu upadł i tym samym zakończył sen białych o powrocie ich przedstawiciela na szczyt wagi ciężkiej. Z kolei Johnson udowodnił wszystkim, że jest wielkim mistrzem, albowiem wcześniej za takowego go nie uważano. Twierdzono, że zwycięstwo nad Tommy'ym Burnsem nie było niczym nadzwyczajnym, gdyż Tommy był przeciętnym zawodnikiem i dzierżył tytuł tylko dlatego, że na emeryturę przeszedł Jeffries. Tym razem nie mieli żadnego usprawiedliwienia i musieli uznać wyższość Johnsona.
Niedługo po tym tryumfie Jack otworzył w Chicago klub nocny o nazwie "Coffee Champion". Został królem półświatka złożonego z prostytutek, pijaków i hazardzistów. To sprawiło, że walczył coraz rzadziej.
Wciąż jednak nie pasował on Amerykanom. Trudno im było o zwycięstwo w ringu więc postanowili rozwiązać ten problem inaczej. Wynajęto specjalnych agentów biura śledczego, z którego w późniejszym czasie powstało FBI. Ich zadaniem było stałe obserwowanie boksera, mające na celu znalezienie jakiegoś przepisu, który Jack łamie, co umożliwiłoby wsadzenie go do więzienia i spowodowałoby jego zniknięcie z życia publicznego. Agenci nie spuszczali go z oka nawet na moment i w końcu dopięli swego. Oskarżyli Johnsona o pogwałcenie ustawy Manna. Ustawa ta miała przeciwdziałać powstawaniu gangów handlujących usługami prostytutek. Zabraniała przewożenia kobiet przez granice niektórych stanów "w celach niemoralnych". Krótko mówiąc - jeżeli jedna z kobiet przyznałaby, że jest prostytutką i przekroczyła granicę stanu z Jackiem, to ten wylądowałby w więzieniu.
Ale Johnson sprawiał wrażenie, że to wszystko nie robi na nim większego wrażenia. Jednak w rzeczywistości na pewno nie było mu łatwo i aby uniknąć kary postanowił opuścić Stany Zjednoczone.
W 1915 roku, na Kubie, stracił tytuł na rzecz olbrzymiego Jessa Willarda. Następnie Johnson walczył m.in. w Hiszpanii oraz w Meksyku. Jednak z czasem wiek coraz bardziej zaczął mu doskwierać i coraz częściej schodził z ringu pokonany. Nie zapomniał za to o zabawie i w 1928 roku w Harlemie otworzył klub nocny, który potem przekształcił się w słynny Cotton Club.
Jack Johnson zginął w 1946 roku w wypadku samochodowym nieopodal miasta Raleigh, będącego stolicą stanu Północna Karolina. Miał 68 lat. Pochowany został na cmentarzu w Chicago. W 1954 roku został oficjalnym członkiem Bokserskiej Galerii Sław. Przez sympatyków boksu zostanie na zawsze zapamiętany jako jeden z najwspanialszych defensywnych bokserów w historii, świetny strateg, a do tego człowiek, który dążył do równouprawnienia czarnych, nie tylko w boksie, ale i w życiu. I z pewnością zrobił w tym kierunku, zwłaszcza w kontekście sportowym, bardzo wiele. Sam jeden wygrał z milionami wrogich mu białych oraz był w pewien sposób wzorem dla innych czarnych mistrzów, którzy podobnie jak Jack sprzeciwiali się dyskryminacji rasowej.
Imię i nazwisko: Jess Willard („Pottawatomie Giant”)
Bilans walk:
24 zwycięstwa (21 nokautów)
1 remis
6 porażek
Zacznijmy jednak od początku, czyli od dnia narodzin Jessa. Te miały miejsce 29 grudnia 1881 roku w miasteczku St. Clere w hrabstwie Pottawatomie (stan Kansas). Był najmłodszy z czterech chłopców, których urodziła pani Margaret Willard. Niestety jej mąż, Myron, nie dożył przyjścia na świat ostatniego potomka, gdyż zmarł w październiku 1881 roku wskutek obrażeń odniesionych w czasie Wojny secesyjnej. Miał zaledwie 37 lat.
Dziesięć lat po tej tragedii pani Margaret ponownie wyszła za mąż - za niejakiego Elishę Stalkera, mającego również dzieci ze swojego poprzedniego związku, które to stały się dla bohatera tej historii przyrodnim rodzeństwem. Gromadka smyków spędzała wspólnie sporo czasu pracując na ranczo. Tam też młody Jess poznał bliżej świat koni, który to zupełnie go pochłonął, a czas spędzany wśród tych zwierząt szybko stał się dla niego jedną z największych przyjemności. Jednak z racji, że już w dzieciństwie Willard wyróżniał się wzrostem, nie było mu raczej dane ujeżdżanie koni. Postanowił więc je trenować, opiekować się nimi, czasami je nawet sprzedawał farmerom.
Trzynastego marca 1908 roku w Leavenworth (Kansas) Jess wziął ślub z o kilka lat od siebie młodszą Hattie Evans (rocznik 1885), która, nawiasem mówiąc, dorastała w tym samym rejonie co on. Wkrótce nowożeńcy opuścili rodzinne tereny w celu poszukiwania pracy. Ostatecznie wylądowali w Oklahomie i to właśnie tutaj zaczyna się bokserska kariera człowieka, który z czasem zacznie być nazywany kolejną wielką nadzieją białych.
Po kilku pokazowych meczach stoczonych na początku 1911 roku, 15 lutego w miejscowości Sapulpa Willard stoczył pierwszy zawodowy pojedynek. Jego rywalem był Louis Fink, który mimo że leżał w tej walce na deskach w ostateczności zwyciężył przez dyskwalifikację (nieprawidłowe ciosy Jessa w trakcie klinczu). Jeszcze w tym samym roku olbrzym z St. Clere (Willard mierzył około 201 cm) wziął udział w kilku zawodowych pojedynkach – zrewanżował się między innymi Finkowi nokautując go w trzeciej rundzie - oraz kilku pokazówkach. Co ciekawe, w jednej z nich jego rywalem był Anglik Victor McLaglen, który w późniejszym czasie stał się sporą gwiazdą w świecie filmowym, grając między innymi kilkukrotnie u boku samego Johna Waynea. W 1935 roku zdobył nawet Oscara w kategorii Najlepszy Aktor za rolę w filmie "The Informer".
Wracając jednak do Jessa - przez kolejne tygodnie, miesiące nabierał doświadczenia i przyswajał bokserskie tajniki. Dosyć istotny dla jego kariery był rok 1913. Najpierw, 20 maja, dostał szansę walki z solidnym Gubonatem Smithem (kilka miesięcy po tym meczu Smith pokonał Sama Langforda, po czym zdobył mistrzostwo świata białych), z którym przegrał na punkty, ale było to wartościowe doświadczenie, chociażby z tego względu, że wcześniej nigdy nie walczył aż 20 rund. Później natomiast, 22 sierpnia, po raz trzeci stanął na zawodowym ringu naprzeciw Williama "Bull" Younga. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego - wszak Young nie należał do geniuszy boksu - gdyby nie fakt, że przeciwnik Jessa zmarł na drugi dzień po pojedynku. Była to wielka tragedia, co do tego nie ma wątpliwości, ale w pewnym sensie mogła też pomóc Willardowi w reklamie i stać się wabikiem dla spragnionych widoku krwi kibiców. Mogła również wzbudzać strach w oponentach i potwierdzała dużą siłę Willarda, która wielu białym dawała nadzieję na to, że na tronie wagi ciężkiej znowu zasiądzie ich przedstawiciel. Jednak, aby mogło do tego dojść "Pottawatomie Giant" musiał pokonać jeszcze kilku niezłych rywali. Sztuka ta mu się udała (zwyciężył między innymi Carla Morrisa) i na 5 kwietnia 1915 roku wyznaczono datę mega walki, na którą Jess czekał od początku swojej kariery. Owa walka to pojedynek z Jackiem Johnsonem, mistrzem świata wagi ciężkiej od grudnia 1908 roku. Człowiekiem, który spędzał sen z powiek niejednemu białemu obywatelowi Stanów Zjednoczonych. Wiele już zrobiono, żeby go pokonać, w 1910 roku ściągnięto nawet z emerytury byłego, niepokonanego championa Jima Jeffriesa, wcześniej próbowano eksperymentu z niesamowicie silnym przedstawicielem kategorii średniej Stanleyem Ketchelem. Wszystko to jednak na nic. Johnson rządził i dzielił, sprawiał wrażenie boksera nie do pokonania.
Pierwsze rundy pojedynku z Willardem, który odbył się w kubańskiej Hawanie, zapewne ku rozczarowaniu widzów, zdawały się potwierdzać dominację zawodnika z Galveston. Jack miał przewagę, prowadził na punkty, widać było dużą różnicę doświadczenia. Z czasem jednak zaczął słabnąć, a w znoszeniu trudów mistrzowskiej batalii nie pomagał upał panujący tego dnia w „Mieście kolumn”. A świetna kondycja była niezwykle ważna, bo walka trwała bardzo długo i zakończyła się dopiero w 26. rundzie. Potężny prawy powalił wówczas Johnsona na deski. Nie zdołał się z nich podnieść w ciągu 10 sekund i zwycięzcą oraz nowym mistrzem świata ogłoszono Jessa Willarda, nowego bohatera białej rasy w Ameryce.
Niestety dla Willarda, jego prym nie trwał zbyt długo. Co prawda w pierwszej obronie tytułu (po niemal rocznej przerwie) odniósł on cenną wygraną nad Frankiem Moranem, ale druga zapisała się w dziejach jako jedna z najbardziej jednostronnych walk mistrzowskich, jakie kiedykolwiek widziano. Doszło do niej 4 lipca 1919 roku. Jess nie walczył od blisko trzech lat, a czoła musiał stawić młodemu, głodnemu sukcesów Jackowi Dempseyowi, którego znakiem firmowym była ogromna siła i nowoczesny styl boksowania. I mimo że warunkami fizycznymi wyraźnie ustępował pola championowi, już w pierwszym starciu siedmiokrotnie powalił go na matę. Zdemolowany, zupełnie rozbity Willard nie wyszedł do czwartej rundy i stracił tytuł. Ale poza nim stracił także w tym meczu wiele zdrowia - miał złamaną szczękę, kość policzkową, kilka żeber, a i jego uzębienie stało się nieco uboższe.
Po druzgocącej porażce z Dempseyem Jess wziął jeszcze udział w kilku walkach pokazowych, a w 1923 roku zdecydował się na powrót do zawodowego boksu. W pierwszym pojedynku pokonał Floyda Johnsona, ale później przegrał przez nokaut w ósmym starciu z bardzo twardym Argentyńczykiem Luisem Angelem Firpo i zdecydował się na ostateczne zakończenie kariery. Wraz z żoną prowadził spokojne, acz aktywne życie w Kalifornii. W 1933 roku wystąpił w filmie "The Prizefighter And The Lady", który został wyprodukowany przez znane na całym świecie MGM. W obrazie tym główna rola przypadła nagrodzonej w 1991 roku honorowym Oscarem Myrnie Loy. U jej boku w "The Prizefighter And The Lady" zagrali między innymi Dempsey, Max Baer oraz Primo Carnera.
Jess Willard zmarł 15 grudnia 1968 roku w wieku niemal 87 lat. Pochowany został Hollywood Hills Cemetary w Los Angeles. Trudno o nim mówić jako o wielkim mistrzu, wybitnym pięściarzu, ale pokonując znienawidzonego wówczas przez wielu białych Jacka Johnsona na stałe zapisał się w historii tego wspaniałego sportu, mimo że zaczynał z nim przygodę bardzo późno, bo mając 29 lat. Pokazał jednak, że chcieć znaczy móc.
Imię i nazwisko: Terry McGovern („Terrible”)
Bilans walk:
65 zwycięstw (44 nokauty)
6 porażek
7 remisów
Jaka jest w zawodowym boksie najkrótsza droga do sławy? Jeżeli wyłączymy z naszych rozważań wszelkie, będące udziałem niektórych zawodników, pseudo kariery bazujące na pozaringowych, zwykle bardzo mizernej jakości skandalach będących pożywką dla prasy brukowej i telewizji, to błyskawicznie dojdziemy do prostej konkluzji, że powinna ona być usłana nokautami. Im szybsze, im częstsze i im bardziej spektakularne, tym większe zainteresowanie ich autorem w środowisku pięściarskim, w skrajnych przypadkach mogące wykraczać nawet poza nie. Bo to właśnie nokauty są dla wielu żądnych rozrywki, nierzadko przecież utożsamianej z brutalnością, kibiców wabikiem zachęcającym do choćby chwilowego zainteresowania się boksem. Pojęcie o tych, których pięści na przestrzeni ostatnich kilku dekad siały spustoszenie na światowych ringach, większość z nas ma zapewne spore i może je łatwo rozszerzać chociażby oglądając archiwalne materiały wideo. Warto jednak nieco głębiej zajrzeć w oczy historii i zapoznać się jednym z największych pięściarskich postrachów z przełomu XIX i XX wieku - "Straszliwym" Terry'ym McGovernem.
Przyszły champion przyszedł na świat 9. marca 1880 roku w miejscowości Johnstown w amerykańskim stanie Pensylwania. Jeszcze gdy był niemowlęciem jego rodzice postanowili się przenieść na wschód, do świata wielkich możliwości, które od niepamiętnych czasów skrywa w sobie Nowy Jork. Osiedli na Brooklynie, wówczas będącym jeszcze niepodległym, liczącym ponad pół miliona mieszkańców miastem. Jak wielu jego rówieśników, mały Terry nie dbał o edukację i - nie postawiwszy nigdy nogi w szkole - od najmłodszych lat skupił się na zarabianiu na życie. Wśród różnorakich zawodów, które podejmował, była między innymi robota gazeciarza, a później, gdy już nieco podrósł, praca przy składzie drewna. Ta ostatnia, jak na typowo męskie zajęcie z XIX wieku przystało, dawała co jakiś czas okazję do zaprezentowania otoczeniu swoich umiejętności bokserskich. Szybko okazało się, że chłopak z Pensylwanii posiada w tym względzie spory talent i jego szef postanowił namówić go do rozpoczęcia pięściarskiej kariery.
Na zawodowym ringu Terry zadebiutował niedługo po swoich siedemnastych urodzinach, na początku kwietnia 1897 roku. Inicjacja przebiegała znakomicie i wyglądało na to, że zakończy się sukcesem, jednak w czwartym starciu sędzia ringowy przerwał walkę ze względu na powtarzające się faule McGoverna, ogłaszając zwycięzcą jego oponenta, niejakiego Jacka Snee. Niezrażony zaskakującą porażką młokos z Brooklynu po dwóch tygodniach powrócił na ring, wygrywając tym razem po dziesięciu rundach z Frankiem Barnesem. Zarówno ten, jak i kilka kolejnych pojedynków Terry’ego trwało pełen zakontraktowany dystans, nie zapowiadając mających nadejść rządów terroru brooklyńskiego pięściarza. Pierwszego sygnału o nich informującego mogli się jego rywale doszukiwać w odniesionym we wrześniu debiutanckiego roku zwycięstwie nad Jackiem Leonem, którego po kilku rundach obijania arbiter uchronił przed ciężkim nokautem, pozwalając Terry’emu odhaczyć pierwszą wygraną przez KO w swojej krótkiej karierze. Z czasem, gdy zaczął zdobywać cenne doświadczenie, a jego wątłe chłopięce ciało poczęło nabierać męskich kształtów, tego rodzaju zwycięstwa stały się dla niego chlebem powszednim, zaś każdy, kto wytrzymywał z nim w ringu kilka rund budził z miejsca podziw fachowców. Niewielu było bowiem zawodników, którzy przeciwstawiliby jego pełnemu agresji i niespotykanej nieustępliwości stylowi boksowania.
Do końca roku 1898 Terry pojawiał się między linami ringu jeszcze siedmiokrotnie, dopisując do swego bilansu sześć zwycięstw przed czasem oraz jeden remis. Wśród pokonanych znaleźli się między innymi dobrze mu znany Tim Callahan (KO10; z nim też McGovern zaliczył wspomniany, 20-rundowy remis), a także utalentowany Harry Forbes (KO15), późniejszy mistrz świata w wadze koguciej.
Pełen sukcesów rok 1899 bohater tej historii rozpoczął z wysokiego pułapu, mierząc się trzydziestego stycznia z cenionym Włochem Casperem Leonem, czołowym wówczas zawodnikiem kategorii koguciej. Walkę zakontraktowano na 25 rund i zapowiadało się na trudną przeprawę dla młodego, mniej doświadczonego zawodnika rodem z Pensylwanii. McGovern wszedł jednak do ringu z charakterystyczną dla siebie pewnością siebie i bez najmniejszych kompleksów stawił czoła Europejczykowi, sukcesywnie zasypując go kombinacjami na tułów i głowę. Po kilku rundach oczywiste się stało, że Leon nie dysponuje odpowiednim arsenałem w tym boju i sporym sukcesem byłoby dla niego dotrwanie do ostatniego starcia. Niestety dla Włocha, przy tak walczącym przeciwniku nie było to możliwe i w dwunastej rundzie szybka kontra posłała go na deski, pozostawiając na kilka minut w stanie nieprzytomności.
Półtora miesiąca później Terry odniósł zwycięstwo w dobrym stylu nad solidnym Patsy Haley’em, a kilkadziesiąt dni później dopisał do listy pokonanych Joe Bernsteina, z którym walka była dla niego debiutem w kategorii piórkowej. Zanim jednak McGovern na dobre postanowił zmienić wagę, chciał jeszcze zdobyć koronę w limicie 116 funtów. Droga do niej była już krótka, bowiem po serii imponujących tryumfów pozycja ulubieńca Brooklynu na świecie była bardzo mocna i ostatnią przeszkodę przed mistrzowską batalią stanowił Johnny Ritchie. Ich konfrontacja z pierwszego lipca reklamowana była jako walka o mistrzostwo Ameryki w wadze koguciej, a zwycięzca miał otrzymać prawo do meczu o najważniejszy tytuł. McGovern nie dał rywalowi żadnych szans, kończąc sprawę w trzeciej rundzie morderczym lewym sierpem.
Tytuł najlepszego pięściarza globu dzierżył w tym czasie Anglik Thomas „Pedlar” Palmer, który od czasu debiutu w 1891 roku był niepokonany. Jego potyczkę ze „Straszliwym” Terry’ym zakontraktowano na wrzesień roku 1899, a na jej miejsce wyznaczono klub Westchester w Tuckahoe. Zainteresowanie pojedynkiem było ogromne i tysiące fanów różnej maści – od drobnych złodziei, przez biznesmenów i polityków, a na znanych pięściarzach, jak Bob Fitzsimmons, John L. Sullivan, Jim Corbetty czy Kid McCoy, kończąc – przybyło do tej malutkiej nowojorskiej wioski, zastępując jej spokojną naturę rozbuchanym światem sporu i hazardu. Ze względu na opady deszczu, które uniemożliwił funkcjonowanie projektora filmowego, organizatorzy zdecydowali się przełożyć walkę o jeden dzień i tak pięściarze pojawili się w otoczonym przez około dziesięć tysięcy żądnych rozrywki kibiców ringu dwunastego dnia września. Spora część z tych rozentuzjazmowanych fanów opuszczała później swoje miejsca zniesmaczona i rozczarowana ujrzanym widowiskiem. Oczekiwali bowiem długiej, zaciętej batalii na najwyższym poziomie, a ujrzeli błyskawiczną egzekucję, niezmiernie rzadko obserwowaną na mistrzowskim szczeblu. Wszystko dlatego, że Terry McGovern w tym czasie po prostu wykraczał daleko poza wszelkie szczeble, wyznaczając nowe, nieosiągalne dla wielu standardy. Palmera uświadomił o tym w ciągu 2 minut i 32 sekund walki, po których odważnego, przyjmującego otwartą walkę - i przez to półprzytomnego kilka chwil później - Anglika odnoszono do narożnika.
Po zdobyciu tytułu w 1899 roku mistrz pojawiał się między linami ringu jeszcze dziewięciokrotnie, notując komplet zwycięstw przed czasem, w tym nad solidnym Billy’ym Rotchfordem oraz wspomnianymi Patsy Haley’em oraz Harry’ym Forbesem. Ponad dwa tygodnie po pokonaniu tego ostatniego, dziewiątego stycznia 1900 roku, w Nowym Jorku McGovern spotkał się z najwybitniejszym bokserem spośród wszystkich jego dotychczasowych rywali – wspaniałym George’em Dixonem, pierwszym czarnoskórym mistrzem świata w dziejach boksu, jednym z najwspanialszych championów w dziejach kategorii piórkowej, której i wówczas przewodził dzierżąc od kilkunastu miesięcy mistrzowski tytuł. Ich fascynująco zapowiadający się mecz zakontraktowano na 25 rund i choć „Little Chocolate”, jak mówiono na Kanadyjczyka, był o dziesięć lat starszy, przez pierwsze minuty dobrze sobie radził, inicjując wiele ataków. Niektóre z nich dochodziły celu, nie robiąc jednak na pretendencie większego wrażenia, inne chybiały, potwierdzając postępy defensywne i ogólno bokserskie zawodnika z Brooklynu. Oczywiście nie zapominał on o swoim żywiole, czyli wyniszczających akcjach ofensywnych, wśród których dominowały tego dnia serie na tułów, systematycznie osłabiające wielkiego mistrza. W siódmej rundzie Terry zaskoczył rywala mocnym prawym na górę, który omal nie złamał Kanadyjczykowi nosa i solidnie nim wstrząsnął, dając wszystkim do zrozumienia, że powoli zbliża się upadek legendy. Kolejne starcie pozbawiło sympatyków Dixona jakichkolwiek nadziei, gdy ich pupil kilkukrotnie padał po ciosach nieustępliwego przeciwnika. W końcu menadżer mistrza, Tom O’Rourke, rzucił na ring gąbkę na znak poddania swego podopiecznego. Po meczu ten ostatni powiedział, że nigdy nie walczył z pięściarzem tak znakomitym jak jego pogromca, dodając, że McGovern u szczytu formy pokonałby każdego boksera walczącego w tej wadze na świecie. Trudno oceniać ile w tym szczerości, a ile charakterystycznej dla wielu przegranych kokieterii, ale faktem jest, że tryumf Terry’ego był najwyższych lotów i pobudził apetyty kibiców przed jego kolejnymi występami.
W pierwszej obronie tytułu (mistrzostwo w koguciej zdecydował się wkrótce zwakować) świeżo upieczony champion rozprawił się w niecałe pięć rund z Eddie’em Santry’ym, niejako umacniając swój mistrzowski status, bowiem Santry uważał się za najlepszego na świecie po pokonaniu Bena Jordana. Teraz żadnych wątpliwości co do tego, kto przewodzi kategorii piórkowej już nie było i McGovern mógł spokojnie myśleć o kolejnych pełnoprawnych obronach. Najbliższą stoczył w marcu z twardym Oscarem G
Start